Zgromadzenie Sióstr Służebniczek Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej

EWANGELIA I ROZWAŻANIE
modlitwawdrodze.pl

Bł. S. Katarzyna Celestyna Faron

Służebna miłość do Chrystusa i Kościoła w życiu oraz męczeństwie bł. S. Katarzyny Celestyny Faron
Jedną ze świetlanych, przejasnych postaci, na zawsze pozostającą w sercu i pamięci tych, którzy się z nią zetknęli jest s. Katarzyna Celestyna Faron – służebniczka starowiejska, 13 czerwca 1999 r. beatyfikowana w gronie 108 Męczenników II wojny światowej przez Ojca Świętego Jana Pawła II. Pod różnym kątem można rozważać wymowę świadectwa, które bł. s. Celestyna złożyła Chrystusowi swoim chrześcijańskim życiem i męczeńską śmiercią. Wydaje się, że w chwili obecnej s. Celestyna wzywa nas szczególnie do ożywienia świadomości eklezjalnej, wynikającej z osobistego zjednoczenia z Chrystusem.

1. Środowisko rodzinne
Katarzyna Faron urodziła się 24 kwietnia 1913 r. w Zabrzeży, w powiecie nowosądeckim.
Już w dzieciństwie jej naturalna religijność, która w przyszłości stała się urodzajną glebą dla łaski powołania zakonnego, mogła rozwinąć się dzięki atmosferze, jaka panowała w domu rodzinnym, gdzie modlitwa, aktywny udział w życiu parafii oraz poszanowanie dla chrześcijańskich wartości moralnych kształtowały codzienność. Wcześnie zetknęła się także z rzeczywistością cierpienia, bowiem kiedy miała zaledwie pięć lat, zmarła jej matka. Ojciec zajął się wychowaniem synów, natomiast Katarzyna zamieszkała odtąd u wujostwa w pobliskiej wiosce Kamienica. Nowi opiekunowie pokochali ją jak własne dziecko i podobnie jak rodzice, zarówno słowem, jak też przykładem własnego życia uczyli miłości do Boga i ludzi.
Od początku nauki w szkole Katarzyna wyróżniała się dojrzałością, roztropnością, inteligencją i sumiennością w nauce, czego potwierdzeniem jest fakt, że w wieku siedmiu lat jako jedyna spośród uczniów pierwszej klasy została dopuszczona przez księdza katechetę do I Komunii Świętej.

2. Powołanie zakonne
Jan Paweł II napisał w adhortacji apostolskiej Redemptionis Donum że „powołanie na drogę rad ewangelicznych rodzi się z wewnętrznego spotkania z miłością Chrystusa, która jest miłością odkupieńczą. Chrystus wzywa przez tę właśnie swoją odkupieńczą miłość”. (RD 3)
Jak wspomniano, od najmłodszych lat Bóg był dla s. Celestyny realną Osobą. Do Niego kierowała myśli i uczucia, a jej żywą wiarę zauważali mieszkańcy Kamienicy oraz ksiądz proboszcz, ponieważ według jego opinii już jako szesnastoletnia dziewczyna była ona w pobożności między pierwszymi w parafii. Często pokonywała daleką drogę, aby także w powszedni dzień uczestniczyć we mszy świętej. Idąc do szkoły oraz po lekcjach zwykle wstępowała na adorację Najświętszego Sakramentu do kościoła. Odznaczała się dziecięcą miłością do Matki Bożej, która od dzieciństwa, a zwłaszcza od śmierci rodzonej matki wyrażała się zarówno w serdecznym nabożeństwie, jak też w pragnieniu naśladowania cnót Maryjnych, zwłaszcza całkowitego oddania się Bogu i umiłowania Jezusa Chrystusa.
W 16 roku życia głos powołania na drogę rad ewangelicznych był już dla Katarzyny na tyle zrozumiały, że zwróciła się z prośbą o przyjęcie do Zgromadzenia Sióstr Służebniczek Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej w Starej Wsi z następującą, jakże dojrzałą motywacją: życie swoje chcę poświęcić Matce Najświętszej i tak żyć w cnotach, zwłaszcza w cnocie czystości aż do śmierci.
To na pozór lakoniczne zdanie sformułowane w 1929 r. przez kilkunastoletnią dziewczynę przedziwnie harmonizuje z nauką II Soboru Watykańskiego: Zakonnicy przez profesję rad ewangelicznych (...) żyją dla samego Boga (...). Całe bowiem życie oddali na Jego służbę, co stanowi jakąś szczególną konsekrację, która korzeniami sięga głęboko w konsekrację chrztu i pełniej ją wyraża. A ponieważ to oddanie zostało przyjęte przez Kościół, niech zakonnicy wiedzą, że są poświęceni również służbie Kościoła. To oddanie się Bożej służbie powinno w nich przynaglać i krzepić ćwiczenie się w cnotach, zwłaszcza w pokorze i posłuszeństwie, męstwie i czystości, przez które uczestniczy się w wyniszczeniu Chrystusowym (por. Flp 2, 7 – 8), a równocześnie w Chrystusowym życiu według ducha. (Perfecte Caritatis, 5)
Można postawić pytanie, czy - , i w jakim stopniu Katarzyna już wtedy zdawała sobie sprawę ze związku zachodzącego pomiędzy jej wypowiedzianym pragnieniem poświęcenia życia Matce Najświętszej i wytrwania w czystości, a oblubieńczą miłością do Jezusa Chrystusa oraz Jego Kościoła? Wybrała Zgromadzenie Służebniczek Najświętszej Maryi Panny, aby służąc Maryi - służyć dziełu Jej Syna, czyli włączyć się w misję Kościoła.
Dnia 17 maja 1930 r. Katarzyna Faron przekroczyła klasztorną furtę w Starej Wsi, a pół roku później rozpoczęła nowicjat, otrzymując imię zakonne s. Celestyna.
Prześledźmy pokrótce jej dalsze życie w Zgromadzeniu. Po pierwszym roku nowicjatu, tak zwanym „kanonicznym”, spędzonym w starowiejskim klasztorze, s. Celestyna wyjechała na placówkę w Rudzie koło Kochawiny, gdzie pomagała siostrze wychowawczyni w ochronce. Na bezpośrednie przygotowanie do profesji zakonnej wróciła do klasztoru w Starej Wsi i 8 grudnia 1932 r. złożyła pierwsze śluby.
Zgodnie z charyzmatem przekazanym Zgromadzeniu Służebniczek przez Założyciela bł. Edmunda Bojanowskiego, jednym z głównych zadań apostolskich Sióstr jest praca wychowawcza wśród dzieci w wieku przedszkolnym, dlatego po ślubach s. Celestyna zaczęła zdobywać wymagane wówczas kwalifikacje właśnie w tej dziedzinie. Najpierw uzupełniła wykształcenie ogólne, a następnie w latach 1933 - 1934 odbyła praktykę w ochronce Pań św. Wincentego a, Paulo we Lwowie. We Lwowie ukończyła także kursy z zakresu psychologii i prac ręcznych. W październiku 1934 r. wyjechała do Poznania, gdzie systemem semestralnym przerabiała materiał z zakresu dwuletniego Państwowego Seminarium Ochroniarskiego. W przerwach pomiędzy zajęciami w Poznaniu, s. Celestyna po kilka miesięcy pracowała w przedszkolach: w Janowie, Trębowli, Stawiszynie i Tuligłowach. Dyplom wychowawczyni przedszkola otrzymała w grudniu 1936 r., a od grudnia 1936 r. do czerwca 1937 r. uczestniczyła w kursie katechetycznym w Przemyślu. W tym miejscu warto zaznaczyć, że w Poznaniu uczące się siostry pozostawały pod opieką s. Leonii Marii Nastał (aktualnie służebnicy Bożej, o której także jest mowa podczas dzisiejszego sympozjum).
24 stycznia 1938 roku została skierowana na placówkę do Brzozowa, gdzie powierzono jej zorganizowanie i prowadzenie ochronki. 15 września tegoż roku złożyła wieczystą profesję zakonną.

3. Poznaję, że życie w miłości Bożej jest najszczęśliwsze
II Sobór Watykański przypomina: Na wszystkich zakonnikach (...) ciąży obowiązek usilnej i gorliwej współpracy w budowaniu i wzroście całego Mistycznego Ciała Chrystusowego oraz dobra Kościołów partykularnych. Cele te zobowiązani są popierać głównie przez modlitwę, uczynki pokutne i przykład własnego życia, (...) zachowując właściwy każdemu zakonowi charakter, winni skwapliwiej przykładać się również do zewnętrznych dzieł apostolatu (dekret Christus Dominus, p. 1).
Spójrzmy, w jaki sposób współpracowała w budowaniu i wzroście całego Mistycznego Ciała Chrystusowego s. Celestyna w swoim życiu zakonnym: poprzez modlitwę, przykład życia i apostolstwo.
a. Życie wewnętrzne
Przez modlitwę bł. s. Celestyna jednoczyła się z Bogiem, wzrastała w wierze i całkowitym zaufaniu, przejawiającym się w gotowości na pełnienie w każdej sytuacji Jego Woli. Odznaczała się głęboką pobożnością Eucharystyczną i umiłowaniem Matki Najświętszej – zwłaszcza w tajemnicy Jej Niepokalanego Poczęcia.
Formacja zakonna pomagała w dalszym rozwoju i pogłębianiu jej ducha modlitwy. Siostry zauważały, że podczas ćwiczeń duchownych była głęboko skupiona i gorliwie je odprawiała, - tak, że wyróżniała się spośród innych. Przełożona domu przy ul. Zdrojowej rozmawiała z Boskim Oblubieńcem, myśmy się tylko modliły – stwierdziła jedna z sióstr.
Adorowała Chrystusa zarówno w ciszy swojego serca, jak i w ludziach, z którymi się spotykała, jednak wiedziała, że szczególnym miejscem Jego obecności jest Eucharystia. Jako wychowawczyni, zwracała uwagę dzieci na obecność Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie i uczyła ich odpowiedniego zachowania w kościele.
Od I Komunii Świętej, którą dane jej było przyjąć już w siódmym roku życia, Chleb Eucharystyczny był jej upragnionym pokarmem. Jako więźniarka obozu pozbawiona była możliwości przyjmowania Komunii Świętej, dlatego jednocząc się z Jezusem na krzyżu obozowej pryczy tęskniła za Jego sakramentalną obecnością. Wierzyła, że zanim wyruszy na spotkanie z Nim twarzą w twarz w Królestwie Niebieskim, będzie umocniona na tę drogę Wiatykiem, że jeszcze na ziemi dane jej będzie przyjąć Jezusa pod postacią Chleba – i faktycznie tak się stało.
Całe życie s. Celestyny upływało w atmosferze Maryjnego FIAT. W prośbie o dopuszczenie do profesji zakonnej wyznała, że aby stać się godną oblubienicą Jezusową pragnie ozdobić duszę łagodnością, posłuszeństwem i pokorą. Od dzieciństwa uczyła się pełnić wolę Bożą, którą z szacunkiem i delikatnością odczytywała w poleceniach opiekunów oraz nauczycieli. Obecność Boga i Jego działanie odkrywała w tym, co ją otaczało – czuwała, by niczego nie zaniedbać, nie pominąć, nie pozostawić Bożych wezwań bez odpowiedzi. Przykładem takiej postawy jest jej modlitwa w kościele przed obrazem św. Teresy od Dzieciątka Jezus, do której zachęcał dziewczęta ksiądz katecheta. Zdołała usłyszeć w sercu cichy głos powołania i zrozumieć, że jest to odwieczna wola Boża wobec niej.
Pragnęła naśladować Maryję w czystości, prostocie i pokorze.
S. Celestyna ceniła sobie łaskę powołania, dlatego pragnęła z miłością i gorliwością wypełniać wynikające z niego zobowiązania, przede wszystkim śluby i zatwierdzone przez Kościół Konstytucje.
Regułę zakonną ściśle zachowywała, śluby bardzo sobie ceniła i przestrzegała, zwłaszcza ubóstwo. Siostry uważały ją za osobę głęboko zjednoczoną z Bogiem, która świadomie żyje dla Boga, trwa w zjednoczeniu z Chrystusem, każdą czynność wykonywała w skupieniu, w łączności z Jezusem i z wielkim spokojem.
Na podstawie zachowanych świadectw można powiedzieć, że do bł. s. Celestyny odnoszą się słowa Jana Pawła II z adhortacji apostolskiej Redemptionis Donum (8): Świadomość przynależenia do Boga samego w Jezusie Chrystusie, Odkupicielu świata i Oblubieńcu Kościoła, niech pieczętuje wasze serca, wszystkie wasze myśli, słowa i uczynki, znamieniem biblijnej oblubienicy.
Pod koniec nowicjatu napisała: Poznaję, że życie w miłości Bożej jest najszczęśliwsze.
Z wiernego wypełniania woli Bożej płynęła jej głęboka radość, niezmącona niczym pogoda ducha i zadowolenie. Takie usposobienie sprzyjało budzeniu sympatii, jaką wszyscy ją darzyli. Świadkowie są zgodni, że od najmłodszych lat była lubiana przez nauczycieli i całe otoczenie. Rozmowy z nią pozostawiały w sercu pokój, wszystkim utkwił w pamięci jej uśmiech i poczucie humoru. S. Jolanta Jarosz, która spędziła z s. Celestyną kilka lat, wspomina: Zawsze odbierałam ją jako osobę pełną radości, humoru, ale też delikatną i subtelną, pełną prostoty, bez wyniosłości, radosną, ale bez lekkości czy płochości, naturalną, pogodną. Szczególnie lubiłam nasze wieczorne rekreacje, w których brała udział s. Celestyna. Wnosiła ona na nie dużo radości, ducha radości, ducha Bożego. Na jej twarzy pogodnej, słonecznej, odbijało się szczęście, zadowolenie. Czasem przychodziła bardzo zmęczona, ale mimo tego była pogodna i nie rozczulająca się nad sobą.
Nic więc dziwnego, że przez wspólnotę siostrzaną była szczerze kochana. Ze wspomnień można wypisać wiele jej zalet, które dostrzegało otoczenie. Skromność, prostota, kultura bycia, delikatność, uprzejmość, usłużność, wyrozumiałość, dobroć – oto klucze do ludzkich serc.
Nastawiona na szukanie Boga w każdej chwili życia, bł. s. Celestyna odnajdywała Go we wszystkich wydarzeniach, a zwłaszcza w drugim człowieku. Kierowana miłością bliźniego, unikała sądów o ludziach - chętniej rozmawiała o wydarzeniach, problemach. Nie zauważono, aby powodowała nieporozumienia czy zatargi, nie widziano jej poirytowanej: Ona zawsze umiała innym ustąpić, była bardzo prosta, pokorna i skromna. Nawet wtedy, gdy sama w prośbie o dopuszczenie do ślubów zakonnych przyznawała, że jedną z jej wad jest niecierpliwość, siostra przełożona napisała o niej: Nie zauważyłam, aby siostra była kiedy zniecierpliwiona, jesteśmy zbudowane cnotami naszej najmłodszej siostrzyczki.
Jej cierpliwość i miłość bliźniego nie polegała jednak na braku krytycyzmu. W razie potrzeby potrafiła także zwrócić uwagę, czyniła to jednak z wielkim taktem i miłością, dlatego siostry słuchały jej bez zastrzeżeń wiedząc, że takie same wymagania stawia przede wszystkim sobie samej. S. Jolanta Jarosz wspomina: Świeciła nam przykładem na każdym odcinku: na modlitwie, przy pracy, w nauce.
b. Apostolstwo
Czując się szczęśliwą na drodze powołania zakonnego mogła rozsiewać wokół siebie radość i przyczyniać się w każdym środowisku, w którym się znalazła, do budowania autentycznej wspólnoty, opartej na miłości Boga i bliźniego.
Z Brzozowa, gdzie s. Celestyna przebywała w ostatnim okresie przed aresztowaniem zachowało się najwięcej wspomnień dotyczących jej apostolskiego zaangażowania.
Według s. Angeli Rusnarczyk s. Celestyna: W przedszkolu w Brzozowie, które urządziła, okazała się bardzo dzielna i energiczna; kochała swój obowiązek - pracę wśród dzieci i rodziców. Okazywała dużo dobrego serca, troszczyła się o potrzebne rzeczy. Każde dziecko dla niej było wielkim skarbem, a zwłaszcza dzieci biednych rodziców, toteż w krótkim czasie zjednała sobie przyjaźń dzieci i całego otoczenia. (...) Dla bliźnich – biednych, potrzebujących i chorych była bardzo litościwa i miłosierna; spieszyła z pomocą i ofiarną pracą. Gdy zaszła potrzeba, chętnie udawała się do chorych, spełniała posługi pielęgniarki, zwłaszcza w nocnym czuwaniu. Pomimo różnych swoich dolegliwości fizycznych nigdy się nie skarżyła. (...) Umiała drugich pocieszyć, zachęcić do cierpliwego znoszenia wszelkich dolegliwości i cierpień w duchu Bożym i przygotować chorych do przyjęcia ostatnich świętych Sakramentów.(...) Ulubionym jej obowiązkiem były dzieci w przedszkolu i praca w kościele, w którym zajmowała się ubieraniem ołtarzy kwiatami.
Pan Bóg błogosławił wysiłkom swojej wiernej Służebniczki, dlatego efekty jej pracy doceniały władze oświatowe i rodzice, a dzieci coraz bardziej kochały swoją wychowawczynią i z każdym dniem stawały się grzeczniejsze i pilniejsze w robótkach.
Miłość Boga była dla niej niewyczerpanym źródłem miłości bliźniego: zjednoczona z Panem Jezusem, w każdej osobie widziała postać Jezusa, toteż szacunkiem darzyła zarówno przełożonych, siostry we wspólnocie, dzieci którymi opiekowała się, jak też ich rodziców.
Wszystkich pragnęła „zdobywać” dla Boga, być znakiem Jego miłości. Pod jej wpływem dzieci w ochronce chciały być coraz lepsze. Swoją postawą skutecznie oddziaływała także na całą wspólnotę, dlatego każda z sióstr, która mówiła o pobycie z s. Celestyną na placówce, określała ten czas jako szczęśliwy, pełen Bożego ducha i miłości. Siostry tak wspominają: - Pouczała nas o życiu zakonnym. Była dla nas właściwie jak druga S. Mistrzyni i mogę powiedzieć, że dla nas rok ten był jakby drugim nowicjatem; zachęcała mnie do wytrwania, do modlitwy, do bycia dobrą służebniczką. Była dobra i dobrocią tą pociągała innych do Boga; umiała się dostosować do każdej siostry; również wczuwała się w nasze kłopoty internackie, a także cieszyła się naszymi radościami. Jeżeli mogła, to pomagała nam w naszej pracy.
- Dla każdej siostry miała dużo życzliwości. Jej miłość do drugich nie była zwyczajna, powierzchowna, ale czuło się, że była zawsze wewnętrznie zjednoczona z Bogiem – Miłością i ta miłość promieniowała z niej i udzielała się innym.
- Cechowała ją życzliwość i gotowość do usług, przeżywała jak własne strapienia i cierpienia drugich.
- Bardzo lubiłam spotykać się z s. Celestyną, bo ona zawsze zainteresowała się moim samopoczuciem, zachęcała mnie do wytrwania, do modlitwy, do bycia dobrą służebniczką.
Każdy zlecony obowiązek traktowała jako Wolę Bożą, dlatego w jego wykonanie wkładała całe serce. Świadkowie zgodnie podkreślają jej pracowitość, obowiązkowość, sumienność, punktualność, ofiarność, wytrwałość, a wiadomo, że taka postawa nierzadko wymagała wiele samozaparcia.
Aresztowana niespodziewanie, zostawiła przedszkole we wzorowym porządku. To jeszcze jeden rys Jej pięknej i czystej duszy. (...) Pracowita była bardzo, toteż gdy nadeszły wolne dni od nauki, zostawała w domu. Pracowała w ogrodzie, pomagała przy praniu i prasowaniu bielizny lub przy sprzątaniu, nie zmarnowała chwili czasu, umiała zbierać zasługi na niebo. (...) Gdy wróciła od dzieci z ochronki, to jeżeli tylko mogła i miała czas, chętnie spieszyła nam z pomocą, a także w innych okolicznościach.

4. Pragnę stać się ofiarą całopalną Jezusa Chrystusa
Bł. S. Celestyna wiedziała, że wyrazem miłości jest służba, a nie istnieje prawdziwa miłość bez ofiary, dlatego przez całe życie odważnie brała krzyż na każdy dzień – krzyż obowiązków, krzyż życia ukierunkowanego na dobro drugiego człowieka: współsiostry we wspólnocie, dziecka w ochronce, człowieka chorego, grzesznego, cierpiącego – każdego, kto potrzebował duchowej czy materialnej pomocy. To miłość ożywiała jej apostolskie pragnienie, aby wszyscy - bez wyjątku – mogli cieszyć się przyjaźnią z Bogiem. I właśnie za to była gotowa płacić nawet najwyższą cenę – cenę cierpienia i śmierci, łącząc się z Chrystusem w dziele Odkupienia. Z perspektywy czasu, niemal proroczo brzmią jej słowa z prośby o dopuszczenie do złożenia ślubów zakonnych: pragnę stać się ofiarą całopalną Jezusa Chrystusa przez złożenie ślubów (...), gdyż pragnę iść drogą miłości i poświęcenia, aby dojść do Baranka Niepokalanego.
Jej „pragnę” nie było tylko sentymentalną mrzonką, ale programem życia, który realizowała z konsekwencją i wytrwałością. Zrównoważenie, cierpliwość oraz męstwo hartowała w szarej codzienności przez świadome przyjmowanie życiowych doświadczeń jako swojego udziału w Misterium Paschalnym Chrystusa, toteż nie załamała się, gdy trzeba było podjąć decyzję zgłoszenia się na gestapo, a potem w obliczu śmierci.
W duchowości bł. s. Celestyny uwidacznia się ofiarna miłość bliźniego oraz cicha wierność Panu w małych, codziennych obowiązkach: Zawsze spokojna, cicha, posłuszna, życzliwa, nigdy się nie żaliła. Uwagi, pokuty chętnie przyjmowała, cierpliwie znosiła wszelkie niepowodzenia i upokorzenia. (...) Jeżeli cierpiała, nikt nie wiedział, bo nigdy na nic nie narzekała. (...) Czasem przychodziła bardzo zmęczona, ale mimo tego była pogodna i nie rozczulająca się nad sobą.
Swojej służebnej miłości s. Celestyna świadomie nadawała wymiar apostolski. W 1933 r., na placówce we Lwowie przystąpiła do Arcybractwa Straży Honorowej Najświętszego Serca Pana Jezusa. Kiedy wkrótce potem usłyszała, że kapłan o tym samym co ona nazwisku popadł w odstępstwo od Kościoła rzymsko – katolickiego, w obecności sióstr wyraziła gotowość ofiarowania swego życia w intencji o jego nawrócenie. Kolejny krok na drodze ofiarnej miłości miał miejsce w Poznaniu, gdzie s. Celestyna została przyjęta przez s. Leonię Marię Nastał do Bractwa „Dusz ofiarnych”. Warunkiem przyjęcia była przynależność do Straży Honorowej, pozwolenie spowiednika oraz gotowość na wszelkie cierpienia i krzyże, jakie Bóg ześle.
a. Pan Jezus posłał nas tutaj, aby wynagradzać za grzechy całego świata
Kiedy wybuchła II wojna światowa siostry w Brzozowie mieszkały w willi należącej do rodziny Waniców, usytuowanej na obrzeżach miasta, gdzie prowadziły internat Liceum Pedagogicznego. Tuż przed wybuchem wojny s. Celestynie powierzono obowiązki przełożonej. Od września 1939 r. internat zamknięto, jednak siostry pozostały w dotychczasowym mieszkaniu, zajmując się prowadzeniem dzieł na terenie miasta – ochronki i kuchni dla ubogich.
S. Celestyna wiedziała, jak bardzo była potrzebna ochronka w trudnych czasach okupacji, dlatego ciągle wzrastająca liczba dzieci jeszcze bardziej mobilizowała ją do wysiłku: starała się o pożywienie oraz środki materialne potrzebne do normalnego funkcjonowania placówki i bezgranicznie ufała Bożej Opatrzności.
Siostry służyły sprawie odzyskania niepodległości przede wszystkim modlitwą i pracą, nie ukrywały także swojej patriotycznej postawy. Ponieważ w działalność konspiracyjną zaangażowani byli krewni właściciela domu Bolesława Wanica: jego siostrzeniec Stefan Śnieżek, a także brat - kapitan Ignacy Wanic pseudonim „Jaksa” vel. Andrzej – zawodowy oficer piechoty, organizator Armii Krajowej w Brzozowie, komendant Związku Walki Zbrojnej AK, także na siostry padło podejrzenie o współpracę z partyzantami.
Na skutek konfidenckiego donosu S. Celestyna, jako przełożona odpowiedzialna za wspólnotę zakonną, otrzymała wezwanie na posterunek gestapo.
S. Celestyna chociaż nie czuła się winną, zdawała sobie sprawę z zagrożenia, bowiem wraz z całym narodem polskim już od ponad dwu lat trwania okupacji doświadczała skutków panowania hitlerowskiego „prawa”. W tej sytuacji szansę ocalenia dawało ukrycie się - natychmiastowy wyjazd w inne strony. Tak radziły osoby zatroskane o jej dobro, jednak s. Celestynie bardziej zależało na bezpieczeństwie innych, niż na własnym. Wiedziała, że w przypadku jej „zniknięcia” agresja okupanta mogłaby skierować się na Zgromadzenie: na inne siostry czy prowadzone przez nie dzieła. Na ostrzeżenia odpowiedziała krótko: ma kto cierpieć, to wolę ja.
Faktycznie, sama zgłosiła się na posterunek gestapo – i już nie wróciła. Wiadomość o jej aresztowaniu szybko rozeszła się, napełniając głębokim żalem wielu mieszkańców Brzozowa.
Z Brzozowa s. Celestyna została przewieziona do więzienia w Jaśle, gdzie przebywała do końca sierpnia 1942 r. Następnie przewieziono ją do Tarnowa, skąd 6 stycznia 1943 r. do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu – Brzezince.
Niewiele wiemy na temat losów bł. s. Celestyny w jasielskim i tarnowskim więzieniu. Pewne jest jednak, że podobnie jak dotąd, także w tych warunkach praktykowała miłość bliźniego: wspierała innych modlitwą i dzieliła się chlebem. Wśród osób, które razem z nią były więzione i doczekały wolności znaleźli się między innymi ks. Bielawski oraz dyrektor kopalni z Humnisk – Striegl. Tuż po wojnie, na ręce Matki Generalnej dziękowali oni za pomoc żywnościową, którą otrzymywali od s. Celestyny. Heroiczna miłość bliźniego uzdalniała ją do rezygnowania na rzecz innych z części przydziału i tak już głodowej porcji pożywienia, dzieliła się także skromną zawartością otrzymywanych paczek.
W obozie Auschwitz – Birkenau s. Celestyna trzymała numer 27989. Jako więźniarka bloku numer 7 pracowała przy kopaniu rowów. W pasiaku i drewniakach, pod grozą ustawicznie wzniesionego bata przez wiele godzin dziennie stała w wodzie, znosząc kaprysy zimowej i wiosennej pogody, głód, a przede wszystkim straszliwe wyczerpanie. W tych warunkach zaczęła coraz bardziej podupadać na zdrowiu. Już po trzech miesiącach pobytu w obozie, w kwietniu 1943 r. jako ciężko chora, z zamroczeniem tyfusowym, przytępionym słuchem i odleżynami skierowana została na rewir w bloku 24, gdzie pozostała do śmierci.
Świadkowie zgodnie podkreślają jej zaufanie wobec Boga, ciche znoszenie cierpień oraz chrześcijański, heroiczny optymizm. Wyczerpana bólem i głodem umiała pocieszać innych, stać ją było na dobre słowo, a nawet uśmiech. Chociaż pragnęła końca wojny i wolności, nigdy nie objawiała żalu, że się tam dostała.
S. Cypriana Babiak, która w tym samym czasie znalazła się w obozie wspominała: Czasem spotykałam siostrę płaczącą, ponieważ bardzo cierpiała – Nigdy jednak nie spotkałam jej duchowo załamanej czy narzekającej, ale raczej zawsze miała słowa pocieszenia nie tylko dla mnie, lecz dla każdego kto do niej przyszedł – ona sama nie chodziła z powodu chorej nogi. (...) Ta postawa cierpliwości i pogody pozyskiwała siostrze serca wszystkich więźniarek.
Pobyt s. Celestyny na rewirze został opisany także przez inną współwięźniarkę, Janinę Komendę. (Janina Komenda, urodzona w 1889 w Kazaniu, pracowała w Warszawie jako nauczycielka. Wyszła za mąż za lekarza i w związku z tym przeniosła się do Kielc, gdzie podjęła pracę w szpitalu jako pielęgniarka i kierowniczka szpitalnego żywienia. W listopadzie 1942 r. wraz z synem została aresztowana za działalność konspiracyjną. Przydzielona do pracy na rewirze wykazała się bohaterską postawą, pomagając chorym i chroniąc ich przed selekcją do gazu. Po wojnie powróciła do Kielc, gdzie zmarła w 1968 r.) W opublikowanych wspomnieniach pt. Lager Brzezinka napisała: S. Celestyna była uosobieniem łagodności, cierpliwości i dobroci, niesłychanie zgodna i zadowolona ze wszystkiego, co ją spotykało. Mimo wielkich cierpień zdobywała się nawet na humor i wesołość. Początkowo nikomu nieznana, wkrótce stała się powszechnie lubianą. (...) Mimo tego stanu zdrowia, stale interesowała się swoim otoczeniem, przychodząc z pomocą potrzebującym datkiem żywności lub słowami otuchy. (...) W marcu 1944 roku zdałyśmy sobie sprawę, że już jej nie zdołamy uratować.
W pierwszą rocznicę śmierci s. Celestyny – 9 kwietnia 1945 r. pani Janina Komenda napisała list do Przełożonej Generalnej Zgromadzenia M. Eleonory Jankiewicz. Uczyniła to z potrzeby serca, aby zaświadczyć, jak bardzo wyróżniła się spośród niemal anonimowego, bezimiennego tłumu więźniarek ta niepozorna siostra zakonna. Chociaż w obozie odebrano jej habit i inne zewnętrzne znaki przynależności do Chrystusa, aż do śmierci była Jego wiarygodnym świadkiem: Świetlana postać Siostry Celestyny na zawsze pozostanie w sercu i pamięci tych, którzy się z Nią zetknęli. Wokół siebie wytwarzała dziwną atmosferę szacunku, powagi i – świętości. Zawsze niesłychanie skromna, pogodna, łagodna, uśmiechnięta mimo ogromnych cierpień, jakimi Pan Bóg ją doświadczył.
b. Dojść do Baranka Niepokalanego
S. Cypriana Babiak - świadek ostatnich chwil życia s. Celestyny wspomina:
Rozwijająca się gruźlica i powiększająca się rana w pachwinie sygnalizowała zbliżający się koniec życia. Siostra jednak, ożywiona głęboką wiarą i zaufaniem Bogu, powtarzała z wewnętrznym przekonaniem, że nie umrze, dopóki nie przyjmie Komunii św., bo odprawiła nowennę pierwszych piątków, a Pan Jezus przyrzekł tę łaskę. (...) Faktycznie przyjęła Ją jako Wiatyk 8 grudnia 1943 roku, w patronalne święto Zgromadzenia, w Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny – przywiezioną potajemnie przez kapłana jadącego z transportem lwowskich więźniów do Oświęcimia. Kapłan ten miał przy sobie konsekrowane Hostie zaszyte w sutannie - przy zmianie ubioru przekazał Je w zaufaniu do podzielenia chorym pracującej tam więźniarce, którą była karmelitanka z Poznania. Jedną z tych szczęśliwych była s. Celestyna. Od tej chwili była pewna, że obozu nie przetrwa.
Przed Świętami Wielkanocnymi 1944 r. stan jej pogorszył się bardzo;(...) W Wielki Piątek rozpoczęło się jej ogromne cierpienie (...) mówiła mi, że nie chce płakać, to same łzy lecą z bólu. Obwiniała siebie, że nie umie cierpieć, że święci tak nie skarżyli się, kiedy cierpieli. (...) Zatopiona w Bogu modliła się bez przerwy i mnie prosiła, bym się z nią modliła. Gdy sama już nie mogła mówić, to mnie kazała, a ona powtarzała w myśli. (...) Była zupełnie zgodzona z wolą Bożą.
Zakończyła życie z soboty na niedzielę 9 kwietnia 1944 r., w noc Zmartwychwstania Pańskiego o godz. 220. Nocą w obozie wyłączano elektryczność, dlatego fakt, że s. Celestyna zmarła w czasie, gdy na ok. 10 minut w baraku zapaliło się światło, współwięźniarki odczytały także jako znak potwierdzający ich przeświadczenie o tym, że pożegnały osobę niezwykłą - świętą.
Zaraz po śmierci ubrały s. Celestynę w białą koszulę i nakryły prześcieradłem, położono obok niej różaniec, krzyżyk, zapalono też dwie świeczki. Ponieważ hitlerowcy świętowali Wielkanoc, więc dzięki temu ciało s. Celestyny można było dłużej zatrzymać w baraku. Więźniarki wspólnie modliły się przy Zmarłej i dopiero następnego dnia wyniosły ją na zewnątrz oraz powiadomiły strażników o śmierci. Ciało zostało spalone w obozowym krematorium.
Według relacji s. Cypriany Babiak: wszystkie chore żałowały jej bardzo, mówiły, że to była siostra jak anioł z nieba. (...) Śp. s. Celestyna pozostała w baraku i całą niedzielę leżała na pryczy nakryta białym prześcieradłem. Z różnych bloków przychodziły kobiety, aby zobaczyć tę świętą Siostrę, bo była bardzo piękna, prawdziwie święta (...), zamiast kondolencji winszowały dwóm innym służebniczkom, które wówczas były więźniarkami w obozie – s. Lidii Smoleń i s. Cyprianie Babiak – aby się cieszyły, bo mają świętą Siostrę Celestynę w niebie. Wszyscy obecni modlili się, odmówili Litanię do Wszystkich Świętych, Anioł Pański i cząstkę różańca, który s. Celestyna tak często odmawiała.
W końcu nadeszła chwila oddania Zwłok do krematorium. Położono je na noszach. Siostra leżała piękna jak anioł, spokojna, a pełna radość widniała na obliczu bladym jak marmur. Rano w poniedziałek trzeba było odnieść zwłoki (...), a wtedy wszczął się ogólny płacz. Owinięte w prześcieradło ciało Siostry położono na stosie innych martwych ciał w samochodzie, który odwiózł je do krematorium.
Stała się ofiarą całopalną w dosłownym znaczeniu tego słowa i zapewne doszła do tronu Baranka ...
W obozie śmierć była codziennym zjawiskiem. Niektórych zmarłych serdecznie opłakiwano i wspierano modlitwą, jednak zwłokom człowieka, który tam zdegradowany był do rangi numeru, rzadko oddawano cześć. Sposób, w jaki współwięźniarki pożegnały s. Celestynę, w warunkach obozowych był naprawdę wyjątkowy - ich postawę można uznać za przejaw kultu – religijnej czci, czyli uznania świętości Zmarłej siostry. Przeświadczenie współwięźniarek jest tym bardziej wiarygodne, że w ekstremalnych warunkach lęku i obozowej walki o przetrwanie nie było atmosfery sprzyjającej tworzeniu mitów o ludziach. Jakość człowieczeństwa objawiała się w całej prawdzie: wielu dla kawałka chleba porzucało ideały, których niedawno bronili; wielu też z godnością znosiło cierpienia zadawane w wyrafinowany sposób - ale wyróżniali się tylko nieliczni. S. Celestyna wyróżniła się siłą miłości Boga i bliźniego, która nie tylko nie została osłabiona w nieludzkich obozowych warunkach, ale właśnie tam stała się widoczna w pełni. A wtedy nie było już wątpliwości, że do tego mógł być zdolny tylko człowiek zjednoczony z Bogiem i przemieniony przez Boga, czyli święty.
Czyż faktu, że w nieludzkich, obozowych warunkach, po śmierci możliwe było otoczenie właśnie jej ciała wyjątkowym szacunkiem – ubraniem w białą koszulę i zawinięciem w białe prześcieradło przed wywiezieniem do krematorium, nie trzeba odczytać jako ZNAKU, że spełniły się jej młodzieńcze pragnienia?

5. Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół.(Kol 1, 24)
Jak pamiętamy, kiedy s. Celestyna dowiedziała się, że kapłan o tym samym co ona nazwisku oddalił się od Kościoła rzymsko – katolickiego, spontanicznie wyraziła gotowość ofiarowania swojego życia w intencji o jego nawrócenie. Poczucie współodpowiedzialności za konkretnego kapłana stało się dla niej wezwaniem do ekspiacji
I znów symptomatyczny jest fakt, że chociaż czas pokrywa ludzi i wydarzenia kurzem przemijania, Bóg w swojej odwiecznej mądrości tak kieruje okolicznościami, aby ocalić od zapomnienia to wszystko, co jest świadectwem Jego zwycięskiej miłości.
O ks. Władysławie Faronie (1891 – 1965) możemy przeczytać w Encyklopedii Katolickiej. Święcenia kapłańskie przyjął w 1917 r. Będąc wikariuszem w parafii Wiśnicz, w 1923 r. popadł w zatarg z kurią diecezjalną w Tarnowie i w 1924 r. wystąpił z Kościoła. Związał się z Kościołem polsko - katolickim i przez bpa F. Hodura mianowany został administratorem na Polskę z siedzibą w Zamościu; wybrany na synodzie w 1928 r. biskupem, przyjął sakrę w 1930 r. w Scranton (Pensylwania). Po roku, wraz z 50 kapłanami zerwał z Kościołem polsko - katolickim, tworząc własny odłam: synod w Zamościu w 1932 r. nadał mu tytuł metropolity i abpa Efezu. W 1933 przyłączył się do parafii starokatolickiej w Katowicach (nie uzyskał on akceptacji władz państwowych). Napisał kilka broszur polemizujących z Kościołem rzymsko-katolickim oraz Poradnik duszpasterski dla kapłanów Kościoła katolickiego polsko-narodowego (Zamość 1930). Właśnie w tym okresie jego nazwisko stało się znane szerszym kręgom społeczeństwa i wówczas usłyszała o nim s. Celestyna. W czasie okupacji hitlerowskiej, mimo gróźb gestapo nie połączył się z Kościołem polsko - katolickim ani z mariawitami. Za odmowę fałszywego oskarżenia bpa S. Galla i bpa Cz. Sokołowskiego został aresztowany i skazany na karę śmierci, spędził dwa lata w więzieniu. W 1946 r. zorganizował Radę Kościoła Starokatolickiego w PRL, po czym w jego życiu nastąpił radykalny przełom: pomimo prawnego uznania Kościoła starokatolickiego dekretem Ministerstwa Administracji Publicznej (5 IX 1947 r.) powrócił do Kościoła rzymsko-katolickiego: od 1948 r. był duszpasterzem w Łobzie, gdzie odbudował kościół i gorliwą pracą duszpasterską pragnął wynagrodzić za popełnione winy. Zmarł w 1965 r.
Wszystko wskazuje na to, że chociaż s. Celestyna nigdy nie spotkała go osobiście i właściwie niewiele o nim wiedziała, swoim męczeństwem przyczyniła się do przemiany jego życia. W kontekście beatyfikacji s. Celestyny Faron w gronie 108 Męczenników II wojny światowej świadectwem o niezwykłej wymowie są wyznania ks. W. Farona, opublikowane na łamach prasy katolickiej.
- Oświadczenie z 9 II 1948 r. drukowane w „Posłańcu Serca Jezusowego” i „Tygodniku Powszechnym”:
My (...) – ks. Władysław Faron, ks. Bronisław Jegier i ks. Antoni Kafel, dawniej kapłani Kościoła rzymsko - katolickiego, oświadczamy: swego czasu, (...) załamaliśmy się w wierze św. i w karności kościelnej i porzuciliśmy Kościół rzymsko - katolicki, wstępując do tzw. polskiego kościoła starokatolickiego. Dzisiaj, doszedłszy do pełnego rozeznania, zdajemy sobie sprawę z tego, że jesteśmy na błędnej drodze. (...) Żałując przeto za nasz błąd z całego serca, wracamy ze skruchą i radością do św. Kościoła rzymsko-katolickiego. Boga wszechmogącego błagamy, by nam odstępstwo nasze darować raczył, miłosierdziu Ojca Św. się polecamy, przepraszamy gorąco duchowieństwo i lud za wyrządzone zgorszenie.
Pełni jesteśmy głębokiej ufności, że Kościół św. Matka nasza wejrzy na nas jako zbłąkane i pokutujące dzieci i przyjmie nas znowu do siebie.
- „Rycerz Niepokalanej”, 5 numer z 1948 r,. s. 118: Przeżyłem już 30 lat w kapłaństwie i różne chwile były w mym życiu, dobre i złe. Ucierpiałem wiele na duszy w okresie mego odosobnienia od jedności. W czasie okupacji niemieckiej i prawie dwuletniego więzienia śmierć niejednokrotnie zaglądała mi w oczy. Najświętszej Pannie zawdzięczam wskazanie mi właściwej drogi do Boga, do Zbawiciela. Ona to mnie ocaliła we wszystkich ciężkich chwilach. Kiedy po długim okresie błądzenia, odbywszy rekolekcje u oo. jezuitów w Częstochowie, dnia 27 lutego 1948 r. przed Cudownym Obrazem Jasnogórskiej Pani odprawiłem dziękczynną Mszę św., oszałamiała mnie wprost radość, że znów jestem prawdziwym synem Matki Najświętszej. Dziś oddaję Najświętszej Pannie publiczną cześć i proszę Ją gorąco o błogosławieństwo dla Ojca Prymasa Polski, Dostojnego Episkopatu i Duchowieństwa oraz modlę się o skruszenie niezdrowej działalności sekciarskiej.
Niegodny sługa Maryi, ks. Władysław M. Faron.
Kiedy po wojnie ks. Władysław Faron składał wyznanie wiary, dziękując Bogu i Matce Najświętszej za łaskę radykalnego nawrócenia, zapewne nic nie wiedział o s. Celestynie Faron, która zmarła w oświęcimskim obozie jako jedna z wielu milionów ofiar wojny. Jej ofiara wyróżniła się jednak spośród innych, gdyż ciągle aktualne było jej pragnę stać się ofiarą całopalną Jezusa Chrystusa oraz słowa św. Pawła z listu do Efezjan: Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie (Ef 5, 25)
W wezwaniu na gestapo rozpoznała zaproszenie swojego Mistrza i Oblubieńca do zjednoczenia się z Nim, jako ofiarnym Barankiem, dlatego tak świadomie potrafiła wyjść na przeciw cierpieniu: ma kto cierpieć, to wolę ja .
Niech po raz kolejny przemówią świadkowie ostatnich chwil na ziemi bł. s. Celestyny, potwierdzając jej wytrwanie do końca w usposobieniu służebnej i ekspiacyjnej miłości:
– Modliłyśmy się za prześladowców, także za Hitlera - o jego opamiętanie. Mówiła: „Pan Jezus posłał nas tutaj, aby wynagradzać za grzechy całego świata”. Najwięcej modliłyśmy się na różańcu z chleba za Ojczyznę, za nasz ukochany klasztor, aby Pan Bóg go ocalił, o nawrócenie grzeszników i za kapłanów;
- nigdy nie objawiała żalu, że się tam dostała, - cierpiała bardzo, lecz przy spotkaniu uśmiechała się i mnie pocieszała, - nigdy nie spotkałam jej duchowo załamanej czy narzekającej, - była uosobieniem łagodności, cierpliwości i dobroci, niesłychanie zgodna i zadowolona ze wszystkiego, co ją spotykało. Mimo wielkich cierpień zdobywała się nawet na humor i wesołość.
S. Celestyna wiedziała, że los, który stał się jej udziałem jest prostą konsekwencją złożonej kiedyś Bogu ofiary z życia, której nigdy nie cofnęła – nawet wtedy, gdy cena okazała się aż tak wysoka.

Zakończenie
Jan Paweł II przypomina osobom konsekrowanym: Ze świadomości owej miłości oblubieńczej ku Chrystusowi, poprzez którą szczególnie widoczna staje się wśród ludzi cała zbawcza prawda Ewangelii, rodzi się też właściwy waszemu powołaniu udział w apostolstwie Kościoła, w jego uniwersalnej misji, która równocześnie na tyle różnych sposobów i poprzez różnorodność darów udzielanych przez Boga urzeczywistnia się pośród wszystkich narodów. Wasze specyficzne posłannictwo idzie harmonijnie w parze z misją Apostołów, których Pan posłał na cały świat, aby „nauczali wszystkie narody”, jest też z tą misją zespolone w porządku hierarchicznym. W tym apostolstwie, jakie spełniają osoby konsekrowane, ich oblubieńcza miłość do Chrystusa staje się w sposób niejako organiczny miłością Kościoła, jako Ciała Chrystusa, Kościoła jako Ludu Bożego – Kościoła, który sam jest równocześnie Oblubienicą i Matką. (...) Musi być czytelna wasza misja! Musi być głęboka, bardzo głęboka więź, która wiąże ją z Kościołem. Poprzez wszystko, co czynicie, a nade wszystko przez to, czym jesteście, niech będzie głoszona i potwierdzana ta prawda, że „Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie” (Ef 5, 25) – prawda, która leży u podstaw całej ekonomii Odkupienia. Z Chrystusa, Odkupiciela świata, niech wypływa niewyczerpalne źródło i waszej również miłości do Kościoła (Redemptionis Donum,15).
Zgodnie z prawem przemijania, po kilku, czy w najlepszym przypadku, po kilkunastu latach mogła zaginąć pamięć o s. Katarzynie Celestynie Faron, skromnej siostrze zakonnej, która pozornie niczego szczególnego za życia nie dokonała. Nie zachowały się pisma ani relikwie, gdyż w obawie przed rewizją po aresztowaniu zostały spalone wszystkie jej osobiste notatki, a po śmierci w obozie ciało spalono w krematorium. Pan Bóg sam zatroszczył się o to, aby światło Jego wiernej oblubienicy nie pozostało schowane pod korcem, ale znalazło się na świeczniku, aby i nam rozjaśnić drogę.
Wezwanie, które kieruje do nas dzisiaj bł. s. Celestyna podsumujmy słowami Ojca Świętego z encykliki Vita Consecrata: Dążyć do świętości – oto synteza programu każdego życia konsekrowanego, także w perspektywie jego odnowy u progu trzeciego tysiąclecia (VC 93).
Maryjo, wizerunku Kościoła – Oblubienicy bez zmarszczki i skazy, która naśladując Ciebie „zachowuje dziewiczo nienaruszoną wiarę, mocną nadzieję i szczerą miłość” – wspomagaj osoby konsekrowane. (VC 112)

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
33 0.31124401092529