19 lutego 2026 r. 75-lecie życia zakonnego świętuje s. Alfonsa Pawłowska w domu prowincjalnym w Tarnowie. Siostra ma 97 lat. Trudną historię życia opisała we wspomnieniach, które załączone są poniżej. Warto przeczytać opowieść siostry Alfonsy o trudach życia dziecka na Syberii. Ksiądz Rektor tarnowskiego WSD Jacek Soprych (duszpasterz Sybiraków) odprawiał w pokoju siostry Alfonsy Mszę św. w intencji Jubilatki. W homilii podkreślił piękno życia oddanego Bogu oraz wymiar cichego cierpienia, którego teraz doświadcza siostra Alfonsa. Zaznaczył również, że Sybir i trudy życia na wygnaniu, nie zdołały zgasić wiary i powołania Siostry Jubilatki Alfonsy Pawłowskiej. Pamiętajmy w modlitwie o naszej Jubilatce.
Wspomnienia z Syberii Siostry Alfonsy Melanii Pawłowskiej:
Urodziłam się 10 marca 1929 r. w Lejlupce, powiat Oszmiana, województwo Wilno.
Mój ojciec miał na imię Władysław, matka Emilia z Chajdorowiczów. Miałam dwóch braci: Henryka ur. w 1931 r. i Jacka ur. w 1937 r. Tata pracował jako strażnik więzienny w Oszmianie, ale po ucieczce jednego z więźniów został zwolniony z pracy. Następnie zajął się pracą jako stolarz, aby utrzymać rodzinę. W 1941 r., w Wielki Czwartek, zabrano go do więzienia w Oszmianie, od tej pory nie mieliśmy od niego żadnej wiadomości, najprawdopodobniej został wywieziony do jakiegoś więzienia.
Po wojnie brat zdobył zdjęcie ojca od pewnej Żydówki z Oszmiany — był to cień człowieka w pasiaku. Nie chciałam oglądać tego zdjęcia, bo sprawiało mi to ogromny ból. Podobno tata bardzo martwił się o nas i o mamę.
Dnia 13 kwietnia 1941 r. o czwartej nad ranem Rosjanie wtargnęli do naszego domu, kazali się szybko ubierać, wziąć rzeczy, bo nas gdzieś zawiozą. Mama w strachu wzięła trochę rzeczy, trójkę wystraszonych, płaczących dzieci, z czwartym chodziła w ciąży i wyjechaliśmy w nieznane. Zawieziono nas do wagonu bydlęcego i w okropnych warunkach jechaliśmy ponad miesiąc. Często płakaliśmy z głodu, strachu, ciasnoty, braku wody do mycia. Tęskniliśmy za tatusiem.
Po długiej podróży dotarliśmy do Kazachstanu i tam przeznaczono nas do pracy w kołchozie Kzył-Agasz koło Kokczetaw. Najpierw mieszkaliśmy w szkole razem z wieloma rodzinami, później naszą rodzinę przydzielono na stancję do Kozaka. Po dwóch tygodniach przeniesiono nas do lepianki, która była cała w ziemi, z jednym maleńkim okienkiem i pryczą do spania.
Tam mamusia urodziła Terenię. Nasza siostrzyczka po kilku miesiącach zmarła na szkarlatynę — zresztą umierały na tę chorobę wszystkie dzieci, nie tylko polskie. Po niej, 30 stycznia 1942 r., zmarła również nasza kochana mama. Śmierć mamusi przyszła bardzo szybko, poprzedzona była chorobą, a ja nieświadoma, że mama umiera, przerwałam jej agonię, co bardzo potem przeżyłam, bo mama litościwie na mnie patrzyła, nie mogła nic powiedzieć, była sparaliżowana.
Żyliśmy w bardzo trudnych warunkach. Mama jeszcze będąc w Polsce według mnie już była chora i najprawdopodobniej miała nowotwór, a warunki, w których przyszło nam żyć, przyspieszyły chorobę i śmierć. Dopóki żyła z nami mama, było nam lżej — pracowała gdzie tylko mogła i dbała o nas jak tylko potrafiła na tamte straszne czasy. Cenne rzeczy, które mama zabrała w pośpiechu z Polski, zamieniała na żywność, abyśmy mogli żyć.
Z wielkim bólem, przy pomocy dwóch panów, wykopaliśmy płytki dołek i bez trumny, przy 60-stopniowym mrozie, pochowaliśmy naszą mamusię. Przed śmiercią mamusia, przewidując swoje odejście, prosiła znajomą panią, której imienia i nazwiska nie pamiętam, również deportowaną, by pomagała nam i — jeśli będzie można — zabrała nas do Polski, aby chodzić do szkoły i normalnie żyć. Po śmierci mamy pani ta czasem nas odwiedzała i służyła radą.
I tak zostaliśmy sami, bez ojca i matki, daleko od Polski, w nieznanym kraju. Od tej pory ja, jako najstarsza, opiekowałam się braćmi. Pracowałam w kołchozie, pomagali mi bracia. Byliśmy zmuszeni nawet zimą chodzić do lasu, zawsze późnym wieczorem, by nikt nas nie widział i nie ukarał, aby uzbierać trochę drzewa na opał i złapać chociaż zająca, którego gotowaliśmy, a wysuszoną skórą ocieplaliśmy ubranie.
W wolnych dniach od pracy w kołchozie zbieraliśmy szczaw, by go sprzedać za parę kopiejek, natomiast pokrzywy i liście z ziemniaków zbieraliśmy na zupę.
Brat nieraz wychodził na drzewa i wybierał ptasie jaja, które potem zjadaliśmy. Gdy pracowałam w kołchozie nieraz byłam zmuszona kraść zboże, wrzucałam ziarna do rajstop i z tą zdobyczą wracałam z trudem do domu, pokonując kilka kilometrów, raniąc nogi, ale szczęśliwa, bo było co jeść. Ze zdobytego ziarna gotowaliśmy tzw. krupnik — oczywiście daleki on był od polskiego krupniku — oraz ziarno mieliłam w żarnach na mąkę, aby upiec chleb tzw. kołacz.
Były też inne przypadki zdobywania żywności: idąc do pracy w kołchozie, pożyczałam od sąsiadki wózek z kotłem do warzenia soli, jechałam 25 kilometrów nad słone jezioro i paląc pod kotłem warzyłam sól, którą potem sprzedawałam na targu za parę kopiejek, aby kupić jedzenia najpotrzebniejszego. Pracowaliśmy również przy kopaniu ziemniaków, aby coś wziąć dla siebie — ukradkiem robiliśmy dołki i do nich zakopywaliśmy „nasze ziemniaki”, aby potem przynieść je do „naszej piwnicy” na zimę.
Nie tylko brakowało nam jedzenia, ale również opieki medycznej — do najbliższego szpitala było bardzo daleko, ja i moi bracia chorowaliśmy na malarię. Kościoła tam nie było, o Bogu i o modlitwie też nie miał kto przypomnieć, o świętach Bożego Narodzenia i świętach Wielkanocnych pamiętaliśmy tylko wtedy, gdy żyła mama, często z tęsknotą wspominaliśmy rodziców i Polskę. W ciężkich dla mnie chwilach próbowałam modlić się, wznosić myśli do Boga, ale było to bardzo marne.
W 1946 r. ogłoszono, że kto chce, może wracać do Polski. Pomogła nam w tym pani, której nazwiska nie pamiętam, zapisując nas na swój dowód. Po długiej podróży przekroczyliśmy granicę w Brześciu. Później przywieźli nas do Poznania i przydzielili do Domu Dziecka im. ks. Blizińskiego w Liskowie k/ Kalisza. Tam ukończyłam Szkołę Podstawową (przed wywiezieniem miałam tylko dwie klasy) i Szkołę Gospodarstwa Domowego. Dnia 18 lutego 1951 r. wstąpiłam do Zgromadzenia Sióstr Służebniczek NMP NP. w Starej Wsi.